WIZJE: TECHNOLOGIA; Sprinty technologiczne, ale użytkownicy ustalają własne tempo



TECHNOLOGIA może skakać, ale antropologia skrada się.



Ze wszystkich lekcji technologii z Ameryki XX wieku ta może być najlepszym przewodnikiem na nadchodzące dziesięciolecia.

Wiek przyniósł niezliczone cuda techniki. Wysyłanie dźwięków i obrazów przez kontynenty przez rzadkie powietrze i ludzi przez ocean w maszynach cięższych od powietrza. Dostrajanie jąder atomów, aby rozświetliły lub wysadziły miasta. Wybieram się na księżyc. Krótko mówiąc, stulecie było jednym rozszerzonym problemem fizycznym, w którym w grę wchodziły zmienne odległości, prędkości i masy.



Jednak pomimo tych wszystkich przełomów i ich skumulowanego wpływu na codzienne życie, sposób życia ludzi nie zmienił się tak radykalnie, jak mogliby się spodziewać prorocy Światowych Targów i demokracja jetsonowska. To prawda, że ​​żyjemy dłużej. Techniki medyczne umożliwiają bezpłodnym rodzenie dzieci. Naukowcy mogą manipulować genami, aby sklonować owcę. Ale nie ma atomowych samochodów, robotów lokaja, plecaków odrzutowych, kolonii księżycowych ani uniwersalnego leku na raka. I pomimo wartości komputera osobistego, połowa gospodarstw domowych w kraju nie ma go 20 lat po jego pojawieniu się.

Technologia może skakać, ale antropologia się skrada. Może to nie powinno dziwić. W naszym kapitalistycznym społeczeństwie, które nagradza innowacyjność i przedsiębiorczość, technologie wciąż są wymyślane w płodnym tempie. Ale ponieważ nasz kapitalizm jest demokratycznym kapitalizmem, zazwyczaj musi istnieć polityczny lub rynkowy konsensus, zanim my, ludzie, przyjmiemy całkowicie nowy sposób działania.



Po tym, jak fizycy z Projektu Manhattan pomogli przyspieszyć zakończenie II wojny światowej, w Stanach Zjednoczonych zaczęto dążyć do stworzenia cywilnej ery energii atomowej. Ale opór społeczny wywołał taką reakcję polityczną i regulacyjną, że reaktory jądrowe odgrywają obecnie jedynie marginalną rolę w krajowej sieci energetycznej. Podobna debata publiczna toczy się teraz wokół genetycznie modyfikowanych upraw z obawy, że uwolnią mutantów zdolnych do niewypowiedzianych szkód środowiskowych. W miarę jak naukowcy ścigają się, by zakończyć Human Genome Project – mapę 80 000 genów w każdej ludzkiej komórce – lobby bioetyczne obserwuje apartamenty biurowe w Waszyngtonie.

Ale jest to naród tak skonfliktowany nawet w ogólnie akceptowanej myśli naukowej, że sondaż Gallupa z czerwca ubiegłego roku wykazał, że 68 procent wszystkich ankietowanych zgadza się, że szkoły powinny uczyć kreacjonizmu jako alternatywy dla ewolucji.

„To część amerykańskiego mitu, że z natury jesteśmy ludem majsterkującym i akceptującym zmiany technologiczne” – powiedział Alex Roland, profesor na Duke University, który specjalizuje się w historii technologii. „Ale od czasu do czasu nie jesteśmy całkowicie pozbawieni luddyzmu”.

I często to nie regulacje, polityka czy religia, ale same siły rynkowe odrzucają to, co promują technolodzy, jak kilka lat temu odkryła firma o nazwie Pointcast ze swoją niefortunną „technologią push”. Początkowo inwestorzy rzucili się na ten pomysł wypychania informacji na ekrany komputerów w ciągu dnia. Jeśli pozostawisz komputer bezczynny przez kilka minut, na ekranie pojawią się nagłówki, ceny akcji lub mapy pogodowe. Możesz zdecydować się na zwrócenie uwagi – lub odgarnięcie całego bałaganu z rosnącą irytacją.

Technologia „push” była jak chętny pracownik biurowy, który zbyt mocno stara się zrobić dobre wrażenie. Technologia skoczyła, ale antropologia nie mogła znieść tych wszystkich przerw.

Sama wiedza nigdy nie wystarczy. Zanim nowa technologia się przyjmie, zazwyczaj przechodzi przez co najmniej trzy fazy. Najpierw przychodzi podstawowy wynalazek, potem okres udoskonalania. Wreszcie muszą pojawić się innowacje, które dadzą ludziom motyw i środki do przyjęcia technologii. Radio Guglielmo Marconiego, wynalezione w 1895 roku, nie stało się masowym fenomenem aż do lat 20. XX wieku, po udoskonaleniach, takich jak elektroniczne wzmocnienie i innowacje, takie jak wiadomości i programy rozrywkowe, które sprawiły, że stało się przyjazne dla salonów.

'Ostatni etap, innowacji i wprowadzenia jej na rynek, jest ważny i może zająć dużo czasu' - zauważył profesor Roland.

Internet posłusznie podążył za tym łukiem. Wynaleziona pod koniec lat 60., aby umożliwić inżynierom zbrojeniowym, naukowcom i ubezpieczycielom Pentagonu wymianę plików i wiadomości, sieć stopniowo rozwijała się przez kilka dziesięcioleci. Ale roaming w Internecie przypominał pierwsze dni podróży samochodem: nie było map drogowych, a przejażdżka mechanikiem pomogła.

Potem, na początku lat 90., pojawiło się łatwe w użyciu oprogramowanie sieciowe, takie jak America Online, które pomogło nie-mechanikom odkryć użyteczność i urok poczty e-mail. Następnie przyszła kolej na World Wide Web, nakładkę programową, która sprawiła, że ​​Internet stał się łatwiejszy w nawigacji – nawet jeśli rynek i rzesze wciąż dowiadują się o jego potencjalnych zastosowaniach.

Długa droga Internetu od narzędzia badawczego z czasów zimnej wojny do rodzącego się medium masowego również ilustruje trudność przewidzenia, które technologie będą powszechnie stosowane. Dla widzących z czasów zimnej wojny to miała być przestrzeń kosmiczna – a nie cyberprzestrzeń – która do 2000 roku zabierze publiczność w wir fantazji.

Charyzmatyczny naukowiec rakietowy Wernher von Braun wystąpił w programie telewizyjnym „Disneyland” w 1955 roku i ogłosił: „Wierzę, że praktyczną rakietę pasażerską można zbudować i przetestować w ciągu 10 lat”. Pomógł nawet zaprojektować 80-metrowy model rakieta, która, kiedy Disneyland został otwarty w Kalifornii w tym roku, górowała nad turystami w Tomorrowland.

Taki szum pomogł wygenerować publiczne poparcie dla 40 miliardów dolarów, które rząd federalny wydałby w 1969 roku na wylądowanie człowieka na Księżycu. Ale hiperbola w imię technologii finansowania może mieć niewielki związek z tym, czego ludzie chcą lub potrzebują.

Używając żargonu dzisiejszych przedsiębiorców technologicznych, załogowe loty kosmiczne nie okazały się „skalowalne”. Działały w niewielkich ilościach przy dużym koszcie. Ale nie dało się go skalować do modelu masowego rynku masowego, którego społeczeństwo zwykle wymaga od swoich innowacji technicznych. Przynajmniej jeszcze nie.

Technologia może poszybować w górę, ale w Disneylandzie antropologia wciąż stoi w kolejce.